Fallout

Idąc tropem klasyków, czas mi napisać o kolejnej wielkiej serii, w jaką grałem przez te długie wakacje. Kto wie, czy nie poświęciłem jej najwięcej czasu. Mówię o serii Fallout, z naciskiem na pierwsze dwie części (Tactics jakoś do mnie nie przemawia, o czym dalej).

Żałuję teraz, że stare Fallouty odkryłem tak późno. Kiedyś, dawno temu, próbowałem je odpalić, ale jedynka zawieszała się w menu a dwójka nie uruchamiała się wcale. Co ciekawe, tym razem zainstalowałem je z tego samego nośnika co wtedy, płyty z jakiegoś czasopisma, i o dziwo, zadziałały. I w tym momencie wsiąkłem bez reszty w post-nuklearny świat krypt i supermutantów.

Dla niewtajemniczonych, małe, ogólne streszczenie świata Fallouta. Jest to swego rodzaju alternatywne universum, które od naszego świata oddziela się po II wojnie światowej. Czasy zimnej wojny to tak jak u nas, wyścig zbrojeń, szpiedzy i tajne układy, walka o wyczerpujące się zasoby. Ameryka, w której rozwój nauki jest wyraźnie szybszy niż w naszym świecie, projektuje i produkuje roboty, pancerze wspomagane (coś jak Iron Man, tylko nie tak smukłe 😉 ) i samochody zasilane energią atomową. Jednocześnie społeczeństwo żyje sobie w idyllicznym świecie, stylizowanym na lata 20-te. 23 października roku 2077 wybucha Wielka Wojna, która kończy się po paru godzinach. Wystrzelone przez Chiny i USA głowice atomowe zamieniają świat w napromieniowane pustkowie. Część ludzi chroni się w podziemnych schronach, kryptach, wybudowanych przez przedsiębiorstwo Vault-Tech. I właśnie jako mieszkaniec takiej krypty, numer 13, przyjdzie nam grać w Fallouta.

Rozgrywka dzieli się jakby na dwie części. Mamy część eksploracyjną, w której poruszamy się swobodnie, a gdy dochodzi do walki, włącza się tryb turowy, w którym planujemy swoje poczynania ofensywne, oszczędnie gospodarując punktami akcji. System rozwoju postaci jest dosyć podobny do innych RPG-ów – dostajemy doświadczenie, a gdy uzbieramy go wystarczająco dużo, awansujemy na wyższy poziom i rozwijamy umiejętności – posługiwania się bronią, przetrwania czy medyczne. Zaś co kilka poziomów (3 lub 4, w zależności od cech bohatera, które wybraliśmy na początku) dostajemy specjalny profit (szczerze, wolę niespolszczoną wersję ‚perk’), który wzmacnia nas, często w bardzo wymierny sposób. Tych perków jest niewiele, warto więc zwrócić uwagę, co się wybiera.

Arsenał śmiercionośnych zabawek jest spory. Można walczyć na pięści, bronią białą, strzelać z broni palnej, laserowej, czy nawet ciężkiej (wyrzutnie rakiet, miniguny) albo rzucać granatami. Warto specjalizować się w jednym, dwóch typach, by być naprawdę zabójczym. Jednak by zdecydować się na jakiś typ, warto przejść samemu grę i posprawdzać wszystko osobiście. Prosty przykład – na wielu forach czytałem, że najskuteczniejsze są bronie energetyczne. Może to i prawda, jednak dla mnie nie ma to jak minigun, a w dwójce Bozar (snajperka, która została, błędnie zresztą, zakwalifikowana jako broń ciężka, i zadaje niesamowite obrażenia).

Fabuła w obu częściach jest bardzo mocną, jeżeli nie najmocniejszą stroną. Nie będę się o niej rozpisywał, polecam każdemu zainteresowanemu zagrać. Trudne decyzje, rozterki, a w szczególności sławne filmiki końcowe, pokazujące skutki naszych działań na pustkowiach, sprawiają, że można naprawdę utożsamić się z bohaterem. I warto zagrać po kilka razy (ja tak zrobiłem, i nigdy mnie to jakoś nie znudziło, a wyobrażacie sobie przejść kilka razy pod rząd jakąś nową grę?) choćby po to, by zobaczyć inne zakończenie. Jedyną grą, jakiej nie ukończyłem ani razu, był Fallout Tactics: Brotherhood of Steel. Gdyby nie świat, tytuł i twórcy, powiedziałbym, że to nie Fallout. Nie podobała mi się rozgrywka, która zamiast znanej z dwóch wcześniejszych gier swobody, rzuca nas po zamkniętych mapkach, gdzie mamy przeprowadzać operacje zwiadowczo-militarne. Co więcej, fabuła nie jest kanoniczna, więc nie znajdziemy żadnych odniesień do tej gry w kolejnych tytułach (średniawej trójce i genialnym New Vegas), ot, taki sobie spin-off.

Oczywiście, nie obyłoby się (w moim przypadku 😉 ) bez modów. Konkretnie do dwójki. Przeszedłem więc ją po raz kolejny, już pod koniec wakacji, z modem Fallout 2 Restoration Project, który dodaje masę nowych, nieumieszczonych w końcowej wersji gry, a stworzonych przez autorów, elementów. Nowe lokacje, nowi sojusznicy, przedmioty i wątki, zadania, a nawet grafika, gdyż RP pozwala na grę w wyższej rozdzielczości (trochę na zasadzie widescreena do Infinity Engine). Warto spróbować, choćby żeby się przekonać, co się zmieniło.

Nie napisałem pewnie z połowy rzeczy, o których warto wspomnieć. O Falloutach można by napisać książkę, i nie jedna zresztą została napisana. Gorąco polecam, przed sezonem grobrania, jak najbardziej na miejscu byłoby odkurzyć klasyki.

Autor: Kamil Chmielewski

Inżynier informatyki, specjalność systemy informatyczne – inżynieria systemów. Student pierwszego semestru magisterki na Politechnice Wrocławskiej. Fan gier RPG i strategii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *