Quo vadis, Steam?

Zabezpieczenia w grach nikogo dziś nie dziwią. Nie wystarczają już ‚zwykłe’ cracki, teraz w modzie jest autoryzacja przez internet. A prym w tym, moim zdaniem, wiedzie platforma Steam, autorstwa Valve. Czy to jednak konieczne, i w jaki sposób wpływa na życie przeciętnego gracza? Kilka słów moich rozważań.

Przenosząc się do Warszawy na studia stwierdziłem, że chyba pościągam cracki do wszystkich moich gier, od razu podkreślam, legalnie zakupionych, na Steamie. Do wniosku takiego doszedłem jeszcze w czasie wakacji. Otóż będąc, jak już wspominałem, dwa miesiące poza domem, bez internetu, zmuszony byłem do przełączenia Steama w tryb offline. Dla osób, które nie wiedzą o co chodzi: platforma Steam to swego rodzaju centrum gier – można poprzez wbudowany sklep kupować tytuły całkiem przez internet (bez pudełka), a coraz więcej pudełkowych wydań gier, wymaga podpięcia ich i autoryzacji w Steam. Nie byłoby w tym nic dziwnego, każda taka gra ma na pudełku stosowne ostrzeżenie. ALE! Komunikat wyraźnie zaznacza, że internet i konto są potrzebne DO AKTYWACJI. Skąd więc moje oburzenie? W czasie wakacji, kiedy nie miałem fizycznej możliwości połączenia się z internetem, po jakiś dwóch tygodniach od przejścia w tryb offline, gry przestały mi się włączać, twierdząc, że nie ma na komputerze zachowanych informacji o koncie, czyli innymi słowy, że tryb offline sam z siebie się wyłączył. W czasie jednej z krótkich wizyt w cywilizowanym świecie sprawdziłem fora – mój przypadek nie był bynajmniej odosobniony. Z informacji podanych przez graczy jasno wynikało, że Steam musi przynajmniej raz na około dwa tygodnie połączyć się z siecią w celu autoryzacji, o czym oczywiście nikt na pudełku nie wspomniał. Bo po co?

Taka polityka firmy jest przeze mnie odbierana w dwójnasób – z jednej strony trochę to rozumiem. Ktoś mógłby przecież obskoczyć wszystkich kolegów i u każdego zalogować się, ściągnąć grę i przejść w tryb offline. I całe osiedle ma grę, za której tylko jeden egzemplarz zapłacono. Ale jednocześnie – czy to jakieś realne ograniczenie? Oszust i tak znajdzie sposób, by oszukiwać. Przecież można tą grę kupić na spółkę, założyć wspólne konto, i od czasu do czasu, pojedynczo autoryzować. Albo ściągnąć cracka (co usuwa tą wnerwiającą, niezoptymalizowaną nakładkę Steam, która w moim przypadku powodowała wolniejsze działanie niektórych tytułów 😀 ). A uczciwi gracze cierpią, przez taką odpowiedzialność zbiorową.

Zresztą, takie zabezpieczenia ma w zasadzie tylko Steam. A co z takim np. do granic liberalnym GoG.com? Tam gry pozbawione są jakiegokolwiek DRM (zabezpieczeń), ściąga się instalator, który nie wymaga ani cracka, ani płyty, ani żadnej formy aktywacji – kupujesz, ściągasz, grasz. Proste? Jasne! Pirat i tak znajdzie piracka wersję, nie ważne jak dobrze są zabezpieczone. Z tego co słyszałem, nawet w Diablo III i SimCity idzie pograć bez kupowania, tylko trzeba się pobawić z emulatorem serwera.

Gdzie się podziały czasy, kiedy jedyną formą ‚piractwa’ było pożyczenie płyty od kolegi? Kiedy ściągnięcie gry nie trwało krócej od jej instalacji? Kiedy takie zabezpieczenia nie były potrzebne, bo gry tworzyli pasjonaci, a nie cwaniaczki w garniturkach, których interesuje tylko zysk. Coraz częściej łapię się na tym, że instaluję co tylko znajdę w szufladach i dawno zapomnianych kartonach, żeby tylko było ‚stare’, ambitne i oryginalne, stworzone, jak głosi napis w logo Interplay „By gamers for gamer”.

Autor: Kamil Chmielewski

Inżynier informatyki, specjalność systemy informatyczne – inżynieria systemów. Student pierwszego semestru magisterki na Politechnice Wrocławskiej. Fan gier RPG i strategii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *