Total War Rome II

Dla fanów strategii, w szczególności zaś fanów serii, Total War Rome II to była premiera roku. Do tej znamienitej (i, moim zdaniem, trochę dysfunkcyjnej ostatnimi czasy) rodziny dołączył młodszy brat cenionego i uznanego Rome, od którego zresztą zaczęła się moja przygoda z serią. Na wstępie podkreślam – jestem wielkim fanem serii, uwielbiam pierwszego Rome, a to co piszę, wynika z mojej troski o dobro Total War’ów. Do rzeczy więc.

Rome II nie miało być rewolucją. To było wiadome od początku. Nie zmienia się zwycięskiego składu, a pomimo dziwactw nowej odsłony wojny okresu Sengoku Jidai (czyli Shogun II, od którego zaczęło się zresztą to dziwaczne nazywanie gier, zaczynające się od Total War, w przeciwieństwie do poprzednich, gdzie tytuł gry był pierwszy, potem nazwa serii. Niby mała zmiana, ale dla mnie stanowi ważny kamień milowy… nie upadku, ale raczej, no, zmian, nie zawsze na lepsze) tytuł się sprzedał. Od początku przeczuwałem więcej nawiązań (w mechanice oczywiście) do Shoguna II niż stareńkiego Rome. Szkoda? To trzeba samemu odkryć i wyrobić sobie zdanie.

Zacznę nietypowo, bo od strony technicznej. Grafika jest ładna, do czego Total Wary nas zresztą przyzwyczaiły. Ta na mapie jest mało istotna, ale poziom detali w bitwach naprawdę robi wrażenie. Ale! (niektórzy mówią, że to co się mówi przed ‚ale’ jest nieistotne) Optymalizacja jest żałosna. Właściwie to jej brak. Jestem w stanie zaakceptować fakt, że im nowsza gra, tym większe ma wymagania. To logiczne, bo napędza się w ten sposób rynek, wszyscy zarabiają, a twórcy mają na kolejny tytuł, więc gracz też korzysta. Kiedy jednak gra przycina się ot tak, dla zasady, bez różnicy czy na maksymalnych (które mój komputer powinien teoretycznie wyciągnąć z odpalonym jeszcze jednym Rome w tle) czy średnich czy niskich, to już jest nie halo. I to nie kwestia takiej a nie innej konfiguracji, czy konfliktu z jakimś dodatkiem do Chrome (ach, te dzisiejsze gry, niedługo przestaną być kompatybilne z systemem operacyjnym, bo śmie korzystać z tych samych procesów), gdyż fora aż pękają w szwach od narzekać, próśb o pomoc czy reklamacji. Odpowiedź twórców? Patch. Duży. Znaczy – ściągał mi się dłużej niż 5 min (a przy moim internecie domowym to naprawdę długo), więc zakładam, że musiał być konkretny. Efekt? Cóż, zauważyłem, że bardziej się jakby przycina. Ale! Dodali element interfejsu za to. Fajnie, nie?

No właśnie, interfejs. Byłem wielkim fanem tego z Medievala II (mojego ulubionego TW) i pierwszego Rome. Zniosłem jakoś Empire’owy, Napoleoński był moim zdaniem ciut gorszy, ale jeszcze, jeszcze. Shogun był pod tym względem… ciekawy stylistycznie, nie powiem, bardzo w tym japoński, co zapewne było celem. Ale go nie polubiłem. A w Rome II? Dla mnie porażka. Początkowo połapać się nie mogłem co jest gdzie, choć ikonek teoretycznie jest niewiele. Nie bardzo jednak to co przedstawiają ma się, moim zdaniem, do ekranu, do którego nas zabierają. Ale to może tylko ja tak mam. Poza tym, jest taki… nowoczesny. Nie jakiś futurystyczny, ale prosty, szary kolorek, wspierany czasem marmurowymi wykończeniami (chwała im choć za to) w dodatku półprzezroczysty to dla mnie niezbyt oddający klimaty Rzymu panel sterowania. Elegancko zrobiono karty jednostek, budynków i technologii. Fajnie się na nie patrzy, grając grekami, na upartego Rzymem. Jednak dla barbarzyńców niezbyt to oddaje klimat, gdy widzę takie malunki wprost z waz antycznych. Ale może się czepiam. Z kolei obrazki dowódców po prostu mnie wnerwiają. Postawiono na czy-de i avatarki naszych generałów też są czy-de i są dosłownie może ze ‚czy’. Ciągłe oglądanie tych samych ryjków może znudzić.

W kwestii mechaniki rozgrywki, jak już wspomniałem, porównanie do Shoguna II nasuwa się samo. ‚Mamy świetną wiadomość, w Rome II zastosowano rewelacyjną metodę zarządzania osadami! Są prowincje i zarządzamy nimi całościowo, nie pojedynczymi osadami, tego jeszcze nie było! Uau!’ ??? Guzik! Przeca to już było, sami wiecie gdzie. Czemu wtedy się nikt tym tak nie podniecał? Może zapomnieli, i teraz chcą nadrobić braki? Generalnie system sprawdza się nieźle, choć, będąc w temacie budowli, to jest to jakiś śmiech na sali. W porównaniu z Rome, dwójka wypada jak Bob Budowniczy przy Gustavie Eiffel’u. Jest ich śmiesznie mało. ‚Hurra! Rzym ma już wystarczająco dużo mieszkańców, by wybudować trzeci budynek, zbudujmy sobie smażalnię ryb!’ ‚A gdzie będziesz je łowił? Nie mamy portu.’ ‚ No fakt. To może walnijmy jakiś poligon, co?’ 😀

Państw ościennych jest od zarąbania. Co się nie ruszysz, to nowa frakcja. Oczywista oczywistość, że dzielą się na kultury i w zasadzie niewiele się od siebie różnią. Zastępują w ten sposób buntowników, którzy w starych Total Warach dzierżyli z początku większość mapy. To ma swoje mocne i słabe strony – wiele konfliktów (ocena zależy od tego czy to lubisz, czy nie), głupie zachowania, AI potrafi tak zarządzać wrogimi jednostkami, że wojna sama się wygrywa.

Najważniejszą cechą, która uczyniła serię tak popularną są bitwy. Tu jest jak zwykle, świetnie. Żołnierze trzymają formacje (w Shogunie zdarzało im się o tym zapominać), można rozgrywać bitwy lądowe z udziałem statków (tylko na brzegach oczywiście). Jedyne moje zastrzeżenie co do oblężeń, choć to dotyczy większości, jeżeli nie wszystkich gier z serii – po oblężeniu trzeci raz kolejnego miasteczka portowego masz już dosyć, bo są chyba tylko ze trzy mapy, więc poza bitwami o znane, duże miejscowości, będziesz tłukł się ciągle w tych samych miejscach. Ale, przynajmniej taktyki nie musisz zmieniać i dostosowywać. 😉

Osobiście jestem trochę zawiedziony. Liczyłem na więcej, przede wszystkim na to, ze gra mnie wciągnie, a tak się nie stało. Nawet w Shoguna dłużej chciało mi się grać. Może wrócę, gdy poprawią optymalizację i stabilność. Na razie – pas.

Autor: Kamil Chmielewski

Inżynier informatyki, specjalność systemy informatyczne – inżynieria systemów. Student pierwszego semestru magisterki na Politechnice Wrocławskiej. Fan gier RPG i strategii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *