Hello Morrowind, my old friend…

By choć na chwilę odpocząć od końcowo-semestralnych zaliczeń i zbliżającej się sesji, zainstalowałem ostatnio The Elder Scrolls III: Morrowind. Grę, przy której spędziłem niezliczone godziny, którą znam, jak własną kieszeń, a mimo to wciąż wracam na Vvardenfell z upodobaniem i, niezmiennie, ekscytacją. Choć jest już stareńka, i większości neo-gimbazy kojarzy się pewnie z erą automatów do gier (2002 rok, trochę czasu faktycznie minęło) to przyciąga mnie bardziej niż nowe, tak zwane ‚next-geny’.

W początkach istnienia mojego bloga napisałem całkiem obszerną recenzję Skyrima, piątej części serii The Elder Scrolls. Morrowind był trzeci. Według mnie, była to najlepsza część. Nie powiem, w Daggerfalla, dwójkę, też grałem dosyć sporo, ale, jako iż odkryłem go na długo po premierze Obliviona (TES IV), to już na zawsze numerem jeden został numer trzy. 🙂 Morrowind tak naprawdę ukształtował mój gust growy (gamingowy jakoś lepiej brzmi ^^ ), sprawiając, że bez reszty oddałem się odgrywaniu ról w kolejnych grach RPG. I pomimo, iż przeszedłem ich wiele (a tych, w które grałem bez ukończenia nawet nie liczę) to ciągle Morrowind przynajmniej raz na jakiś czas lądował na dysku mojego komputera. Kiedy więc, chcąc oderwać się na chwilę od żmudnej nauki, postanowiłem w coś pograć, wybór padł na Morrowinda właśnie. I to nie bez przyczyny. Poza faktem bycia moją ulubioną grą, znalazłem bowiem dwa bardzo obiecujące mody, o których za chwilę.

Znajdzie się  zapewne grupka osób, która nie grała (w to uwierzę), ani nawet nie słyszała (w to już mniej 🙂 ) o TES III. W dzisiejszych czasach hasło The Elder Scrolls kojarzy się większości przede wszystkim ze wspomnianych wcześniej Skyrimem. Jego premiera (11.11.11, jak ten czas leci…) była naprawdę wielkim wydarzeniem. Rewolucja w komputerowych RPG – tak go zapowiadano. Ja osobiście liczyłem tylko na powrót do rozwiązań z Morrowinda, gdyż po Oblivionie miałem mieszane uczucia. Dlaczego? O czym właściwie jest Morrowind? Co czyni go tak specjalnym w moich oczach?

„Stand up… there you go. You were dreaming. What’s your name?” Te słowa za każdym razem wypowiadam wraz z Jiubem (ciekawostka dla fanów serii, Jiuba można spotkać w Skyrimie, w Soul Cairn, jeżeli mamy dodatek Dawnguard 😉 ), współwięźniem na statku cesarskim, wiozącym nas do prowincji Morrowind. Zgodnie bowiem z kanonem serii, grę zaczynamy jako anonimowy kryminalista (a może niesłusznie skazany? historię wszak wymyślić możemy sami, w końcu to RPG) w kajdanach. Szybko okazuje się, że to ostatni przystanek, przynajmniej dla nas. Zostajemy doprowadzeni do Biura Spisów i Opodatkowania w Seyda Neen, gdzie dostosowujemy postać i allons-y! Krótki tutorial (jeden pokój i podwórze) i tyle, w temacie prowadzenia za rączkę. Szybki kurs dorastania, na zasadzie ‚powodzenia!’. Od teraz możemy robić, co nam się podoba. Ja niejednokrotnie wyrzucałem przesyłkę do Caiusa Cosadesa, co było związane z głównym wątkiem (tak, nie tylko można wyrzucać quest-itemy, można nawet zabić kluczowe dla głównego wątku postaci, oczywiście pozbawiając się możliwości jego ukończenia, żadnego prowadzenia za rączkę, pamiętacie?) i ruszałem po prostu w świat. Możemy zostać wielkim wojownikiem, honorowym zabójcą z gildii Morag Tong, potężnym czarodziejem czy głową jednego z trzech wielkich rodów Dunmerów, do których można dołączyć (po prawdzie jest ich więcej, ale tylko trzy są grywalne). Główny wątek opowiada o przepowiedni, według której gracz jest Nerevarejczykiem, reinkarnacją lorda Nerevara, historycznego, niemal legendarnego przywódcy Dunmerów (właściwie Chimerów, w jego czasach bowiem to plemię elfów nie miało jeszcze ciemnej skóry i czerwonych oczu), a naszym zadaniem będzie wypełnić przepowiednię i uratować Morrowind. Trochę sztampowo, ale uwierzcie mi, tak się tylko wydaje. Sam główny wątek jest długi, dużo dłuższy, niż w nowych grach, a stanowi on tylko ułamek całości gry. Dość wspomnieć, że zanim zaczniemy pracować dla Cosadesa, wyśle on nas, byśmy nabrali doświadczenia w którejś z gildii lub pracując na własną rękę. Czyli po prostu musimy mieć odpowiedni poziom. Spowalniacz rozgrywki? Właśnie na odwrót. Szybko bowiem okaże się, że mamy tyle do roboty, że zapomnimy o starym Cosadesie. 🙂

Mechanika gry jest dla mnie mistrzostwem świata. Może poza walką, która, bez modów, jest dziś trochę monotonna. Awansujemy, tak jak zawsze w TES, poprzez używanie konkretnych umiejętności. Poziomy zdobywamy gdy zdobędziemy odpowiednio dużo punktów w kluczowych dla naszej klasy umiejętnościach. Na grzbiet wdziejemy różnego rodzaju stroje i zbroje. I to dowolnie wymieszane. W Oblivionie (i niestety, Skyrimie) wszystko jest łączone w całości, czasem tak bardzo, że zakładając jeden przedmiot, mamy kompletny strój. Tymczasem w Morrowindzie było (jest) tak, że założyć możemy np. koszulę (z szerokiej gamy jakości, kroju i koloru), spodnie, buty, nagolenniki, kirys, naramienniki, rękawice (wszystko, co parzyste, poza butami, jest osobnym przedmiotem, więc można ubrać dwa różne naramienniki lub rękawice/karwasze) hełm, na to wszystko szatę, pas, na palec pierścień a na szyję talizman. I wszystko to zakląć. Masą różnych efektów. Bowiem w Morrowindzie było zatrzęsienie różnych zaklęć i efektów magicznych, wpływających pośrednio lub bezpośrednio na nas lub otoczenie. Pamiętam, że raz miałem postać, która była praktycznie nieśmiertelna (bez użycia najmniejszego oszustwa, czy wykorzystania słabości gry), efekty zapewniały mi bowiem regenerację życia, staminy i many, wzmacniały moje statystyki i umiejętności i dawały widzenie w ciemności. Część z nich stworzyłem sam, część pochodziła spośród wielu Morrowindowych artefaktów.

A teraz o wspomnianych wcześniej modach. Pierwszy z nich, Morrowind Rebirth, odświeża świat gry. Odnowione miasta, dodane lokacje, nowe przedmioty i wrogowie, wszystko to powoduje, że Morrowinda można odkrywać praktycznie na nowo, nawet, jeżeli ktoś grał już tyle razy, co ja. Wszystkie zmiany są wprowadzone z zachowaniem stylu i smaku oryginału. Gdybym wcześniej nie grał, nie uwierzyłbym, że ta zawartość została stworzona przez moderów. Drugi z modów Morrowind Overhaul, nazywany też MGSO, to odświeżenie grafiki. Jest to w zasadzie kompilacja wielu modów, poprawek i rozszerzeń, które czynią Morrowind naprawdę pięknym. Nowe modele, tekstury, obsługa większych rozdzielczości, odległy teren i efekty takie jak SSAO czy HDR zapierają dech w piersi. Dzięki temu Morrowind nigdy już nie będzie taki, jak dawniej. I to na plus. Szkoda tylko, że genialnie wyglądająca trawa kłóci się z Morrowind Rebirth, unosząc się jakiś metr nad ziemią. Liczę na to, że ktoś znajdzie rozwiązanie tego problemu, i zapewni stuprocentową kompatybilność.

Podsumowując, Morrowind, mimo upływu lat, wciąż jest godny polecenia. Dla fana RPG nieznajomość tej gry to grzech, a i każdy, kto chce się dobrze bawić, w nieco już leciwym stylu, powinien sięgnąć po ten tytuł. Jeżeli zaś nie macie żadnej gry z serii TES, to polecam gorąco The Elder Scrolls Antology – wydanie wszystkich gier, ze wszystkimi dodatkami. Kosztuje koło 200 zł, ale warto (gdyby nie fakt, że mam praktycznie wszystkie części składowe tego wydania, kupiłbym bez wahania). Zachęcam do dyskusji w komentarzach i na Facebooku – którą część serii i za co najbardziej lubicie? 😀

Autor: Kamil Chmielewski

Inżynier informatyki, specjalność systemy informatyczne – inżynieria systemów. Student pierwszego semestru magisterki na Politechnice Wrocławskiej. Fan gier RPG i strategii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *