Jack Strong

Wczoraj miałem niewysłowioną przyjemność być z dziewczyną w kinie Nowe Horyzonty we Wrocławiu, na filmie Jack Strong. Opowiada on historię pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, nie wszystkim znanego bohatera zimnej wojny. Jest, moim zdaniem, świetnym sposobem na zapoznanie z losem człowieka, który zmienił bieg wydarzeń na świecie.

Uwielbiamy historie szpiegowskie. Filmy o 007 ściągają do kin istne tłumy. Czy jednak takich postaci musimy szukać za granicą? Otóż nie. Jack Strong to polska opowieść o Polaku, który uratował świat. Nie przed jakimś wyimaginowanym wrogiem, dysponującym satelitą, zdolnym zniszczyć ziemię (czy tam z czym się jeszcze mierzył James Bond). Ryszard Kukliński to autentyczny bohater, który dzięki swej odwadze i poświęceniu zdołał zapobiec III wojnie światowej.

Jako oficer Ludowego Wojska Polskiego, oraz wybitny planista i strateg, miał dostęp do ściśle tajnych akt radzieckich. Podjął więc z własnej inicjatywy współpracę z USA i przekazywał im plany Rosjan. Wielu na tej podstawie zarzucało mu zdradę, ale świetnym komentarzem są słowa z filmu, że nie zdradzał on nigdy Polski, ale ZSRR, które traktowało Polskę jak swoją własność. Nigdy nie wziął pieniędzy za dostarczane informacje, ryzykował życie swoje i rodziny dla dobra Polski i świata.

Film świetnie oddaje ten patos. Przyznam, że obawiałem się, że z postaci Kuklińskiego zrobią takiego swojskiego Jamesa Bonda – dużo pościgów, wybuchy, mało śmieszne żarty i może jakaś scena łóżkowa, dla podniesienia oglądalności. Na szczęście, mimo, iż Amerykanie współpracowali przy tworzeniu filmu, nie ‚zamerykanizowali’ go. Jack Strong, owszem, trzyma w napięciu, jest nawet scena pościgu (autami z PRL-u i w dodatku po śniegu, ulicami Warszawy, prawdziwy majstersztyk 🙂 ), jednak czuć ducha patriotyzmu.

Gra aktorów na najwyższym poziomie. Nie zauważyłem nikogo, kto by szczególnie odstawał od reszty. Dorociński, jako Kukliński wyglądał autentycznie, a w scenach z późniejszego życia, w Ameryce, gdzie zapuścił brodę, bardzo przypominał graną przez siebie postać.

Bardzo podobała mi się ‚gra nastrojów’ – scena niemal komediowa, gdzie publiczność wybuchła śmiechem, po której następuje dramatyczna, lub trzymająca w napięciu. Moim zdaniem świetny zabieg.

Muzyka była dobra, ale bez rewelacji. Gdy teraz się zastanawiam, nie mogę sobie przypomnieć żadnego motywu muzycznego. Nie raziły one jednak, były po prostu zwyczajne.

Technicznie najwyższa klasa. Dynamiczne ujęcia, realistyczna scenografia, żadnych głupich gaf – pełen szacunek, mało jest polskich filmów tak dobrze zrealizowanych.

Słowem, nic, tylko iść do kina i podziwiać. I to niezależnie od tego, czy ktoś o Kuklińskim słyszał czy nie!

Autor: Kamil Chmielewski

Inżynier informatyki, specjalność systemy informatyczne – inżynieria systemów. Student pierwszego semestru magisterki na Politechnice Wrocławskiej. Fan gier RPG i strategii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *