Hobbit Bitwa Pięciu Armii

Od trzech lat poza Kevinem na Święta, pewny jest też Hobbit po Świętach. Trzecia i ostatnia część trylogii filmowej adaptacji dzieła Tolkiena, Hobbit Bitwa Pięciu Armii, zadebiutowała w polskich kinach 25 grudnia. I jak zawsze przyciągnęła tłumy. Poza fanami prozy Mistrza poszli też miłośnicy dobrego kina akcji. Jeżeli Peter Jackson czegoś nauczył widzów, to na pewno tego, że nawet z najbardziej bajkowej historii da się zrobić zapierające dech w piersiach kino akcji. Zaliczam siebie zarówno do pierwszych, jak i drugich, więc nie mogłem odpuścić takiej okazji.Ostatnimi czasy obserwuję niepokojący (mnie, jako miłośnika filmów oglądanych w kinie) trend – coraz mniej osób w kinach, coraz więcej na torrentach. Mimo to zawsze, gdy z dziewczyną idziemy do kina, rezerwuję bilety – choć później często siedzimy w niemal pustej sali. Hobbit zawsze wzbudzał większy entuzjazm. Na żadnej poprzedniej części nie byłem w dniu premiery, a mimo to zawsze sala była pełna. Siedzieliśmy jednak na bardzo dobrych miejscach. W tym roku postanowiliśmy iść 27, czyli trzeciego dnia po premierze. Rano tego dnia zadzwoniłem więc do kina, by dokonać rezerwacji. Ciągle było jednak zajęte. Pomyślałem, że może to problem z połączeniem, ubrałem się więc i poszedłem osobiście kupić bilety na seans o 20:30 (wyszedłem jakoś po południu). Udało mi się tylko kupić bilety w drugim, najwyższym rzędzie, ale na samym początku, całkiem na prawo, a więc nie tak dobre. Jedyne inne były na środku, ale… w drugim rzędzie od ekranu. Natomiast pan za mną kupił ostatnie bilety na seans o 17. Wiem, że wiele osób nie chciało, lub nie mogło iść w Święta, jednak jestem pewien, że najwięksi zapaleńcy byli na premierze, albo chociaż w drugi dzień Świąt. Mimo to były tłumy. To o czymś świadczy – poprzednie części były na tyle dobre, że ludzie chcieli więcej. Czy dostali?

Nie będę się silił na omijanie spojlerów, przynajmniej nie tych związanych z główną historią – jest ona na tyle dobrze znana, że nie wierzę, by nawet najbardziej oporni na książki jej nie znali. A jeżeli tak jest – życie. Książki warto czytać, serio.

Podtytuł tej części to Bitwa Pięciu Armii. Kiedy oglądałem drugą część, Pustkowie Smauga, trochę zdziwił mnie moment, w którym się ona skończyła. Opis samej bitwy jest w Hobbicie niezbyt rozbudowany. Spodziewałem się więc, że walka ze smokiem zajmie, może nie dużą, ale zauważalną część filmu. Tymczasem Smaug ginie na samym początku, jeszcze przed tytułem. I w dodatku niezbyt mi się podobała walka, jaką stoczył z nim Bard (którego w filmie wyjątkowo nie znoszę). Ja rozumiem, że film rządzi się innymi prawami niż książka, ale jednak.

Jest też oczywiście wstawka inspirowana (bardzo luźno i niemożliwie błędnie) Silmarillionem. Na pomoc uwięzionemu w Dol Guldur (które tak naprawdę w czasie wyprawy do Samotnej Góry było już znowu opuszczone) Gandalfowi ruszają Galadriela (z której zrobiono istotę niemal równą Sauronowi, w dodatku nieco mroczną, doprawdy, Galadriela była księżniczką Noldorów, ale przysięgi Feanora nie składała, nie było w niej żadnego zła), Elrond, Saruman (tu wielkie brawa dla Christophera Lee – by człowiek w jego wieku grał takie sceny, naprawdę, podziwiam) oraz Radagast. Jest walka z Nazgulami, trochę efektów świetlnych i wypędzenie Saurona z Dol Guldur – wszystko fajnie, ale nieprawdziwie, szkoda.

Później jest trochę dialogów, kłótnie, groźby i obietnice, wszystko przerywa zaś przybycie orków (choć powinny przybyć gobliny, ach ta magia kina). I zaczyna się sieka. Orlando ‚Gładź Szpachlowa’ Bloom skacze po kamieniach, raz po raz ginie jakiś krasnolud, hobbici biegają z pierścieniami, kozy zaprzeczają prawom fizyki, elfy latają na nietoperzach a faceci przebierają się za kobiety dla pieniędzy. Serio. I w zasadzie nic więcej. Ok, potem przylatują orły (ach, jak ja czekałem na to kanoniczne ‚orły, orły nadlatują’). I znienacka napisy końcowe.

Nie bardzo czułem się jak na Hobbicie. Po nieźle zrobionej pierwszej części i całkiem przyzwoitej drugiej miałem nadzieję, że poziom się utrzyma. Lecz niestety…

Słowem – dobry film. Szkoda, że taki słaby Hobbit.

[wp-review]

Autor: Kamil Chmielewski

Inżynier informatyki, specjalność systemy informatyczne – inżynieria systemów. Student pierwszego semestru magisterki na Politechnice Wrocławskiej. Fan gier RPG i strategii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *