Czy to znowu Święta? Wszyscy fani prozy Mistrza Tolkiena dostali bowiem prezent w postaci filmu The Hobbit: The Tolkien Edit. Oto dowód na to, że fani potrafią zrobić rzeczy, o których wielkim producentom się nie śniło. The Hobbit: The Tolkien Edit to cała trylogia (sic!) Hobbita pocięta i poskładana w jedną, zgodną z książkowym oryginałem całość. Prawdziwa gratka dla wszystkich zawiedzionych ostatnią częścią (jak ja). Nie ulega wątpliwości, że Peter Jackson odwalił kawał dobrej roboty. W pierwszych dwóch filmach, poza elementami, historia Bilba była ukazana bardzo wiernie książce. I gdyby nie Bitwa Pięciu Armii, byłbym gotów uznać je za wystarczająco dobre. Na sam koniec jednak musiała ujawnić się komercja i efekciarstwo New Line Cinema, i zepsuli dorobek kilku lat.

Kiedy więc przeczytałem, że jeden człowiek usiadł, pociął i poskładał film w jeden, czterogodzinny klip, usuwając wszystkie niekanoniczne, głupie lub nudne sceny, ponownie przedstawiając historię Hobbita (a nie jakiegoś tam krasnoludzkiego księcia) na pierwszym planie, serce napełniło mi się ciepłem.

Jeszcze nie widziałem tego dzieła, jednak po małych fragmentach, które oglądałem na internecie, mam wielkie nadzieje z nim związane. Prawdopodobnie przywróci ono moją wiarę w ekranizacje powieści. Gdyby tylko Peter Jackson miał takiego człowieka w ekipie, zamiast tych wszystkich materialistów nastawionych na masówkę, myślę, że rodzina Tolkiena (wciąż mająca wyłączne prawa do spuścizny Mistrza) chętniej patrzyłaby na ewentualne ekranizacje kolejnych dzieł. Jednak jest jak jest, Hobbit pozostanie zapewne ostatnim zekranizowanym dziełem, a nam pozostaje rozkoszować się ulepszonym filmem.

Więcej o edycji można przeczytać tu.

Opublikowany przez Kamil Chmielewski

Magister inżynier informatyki. .NET developer. Fan gier RPG (szczególnie D&D i Call of Cthulhu) i strategii na PC.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz